poniedziałek, 12 lipca 2021

Jan Węglowski: Z pamiętnika tenora - ciężkie czasy.

Witajcie moi kochani!

Jestem przekonany, że nie muszę się Wam przedstawiać, ponieważ moje nazwisko jest szeroko znane wśród licznej rzeszy miłośników opery. Młodym słuchaczom przypomnę jednak, że jestem tenorem. Oczywiście tenorem bohaterskim.
Cieszę się, że dzisiejszym spotkaniem z Wami, kochani melomani, mogę rozpocząć cykl wspomnień z mojej bogatej kariery śpiewaczej. Dzisiaj chciałbym przypomnieć ciężkie czasy reżimu komunistycznego i związane z nimi anegdotki.




Ot, chociażby rok 1971. 
Gdzieś tak z początkiem marca miałem śpiewać partię Don Hidalgo w „Medalionach” Gasconiego w Staatsoper w Dreźnie. Nasi niemieccy gospodarze z charakterystyczną dla siebie gościnnością przyjęli nas niezwykle gorąco wyśmienitą zimną lemoniadą już w holu budynku opery.
Wchodzimy więc wraz z Czesiem Turno dalej i kogo widzimy? Naszego dobrego znajomego bas-barytona Helmuta Kuppke, który miał w tym przedstawieniu kreować tytułową rolę. A co robi Helmut? Otwiera szeroko ramiona i z daleka woła, po polsku – jego piąta żona była Polką – Och, co ja wicę, stazi psyjaciele!
Niestety nie dotarł do nas, gdyż nagle podeszło do niego kilku mężczyzn z obsługi technicznej i wyprowadziło go na zewnątrz. Helmuta, niestety, już nigdy potem nie spotkałem. Musieliśmy zatem szybko robić zastępstwo, ale i tak był to wielki sukces.

* * *

Niezapomniane wrażenie wywarł na mnie pobyt w Rumunii, w lecie 1976 roku. Byłem wówczas z zespołem Teatru Narodowego z Gorzowa Mazowieckiego. Graliśmy „Porcję” Abramovicia. Ja tam śpiewałem Pazia. Cudowna rola, wymarzona dla każdego tenora. Tam jest taki kawałek (krótki idiotyczny zaśpiew) … No, mniejsza z tym …
Zjeździliśmy prawie całą Rumunię w towarzystwie wprawdzie amatorskiego, ale na całkiem niezłym poziomie chóru pod nazwą: „Securitate”. Gospodarze byli tak gościnni, że było to czasami aż krępujące. Proszę sobie wyobrazić, że każdym z nas opiekowało się po dwóch członków tego chóru.
Ostatniego wieczoru, po entuzjastycznie przyjętym spektaklu w szóstkę: ja, Stasiu Rezucki i czterech chórzystów, udaliśmy się na pożegnalny spacer. Stasiu, upojony sukcesem, letnim wieczorem, w pewnej chwili obejrzał się za jakąś urodziwą bukaresztenką i zawołał: o, świrguli, ciuli, dupa Szausesku”!
Wówczas jeden z naszych opiekunów tak niezręcznie machnął ręką, w której trzymał nieodłączną ołowianą rurkę, że wybił Stasiowi prawie wszystkie zęby. Ale bardzo się tym przejął i niezwykle gorąco przeprosił go tę swoją niezgrabność. Wszystko zresztą – jak to zazwyczaj bywa wśród przyjaciół – poszło w niepamięć, zwłaszcza, że Stasiu po tym uderzeniu upadł na ziemię bez pamięci.

* * *

Albo niezwykły, pełen barw, dźwięków i egzotycznych zapachów pobyt w Hawanie jesienią 1980 roku. Śpiewaliśmy, pamiętam, „Króla Artura” Hammersmitha w języku hiszpańskim. Spektakl trwa, publiczność jest jak w transie a tu pod koniec trzeciego aktu kreujący główną rolę, świetny baryton mongolski – Uban Zator, śpiewa: „Wracam do Anglii, kto jedzie ze mną?” I proszę sobie wyobrazić, że prawie cala sala oszalała i zaczęła się pchać na scenę.
Cóż za temperament i umiłowanie muzyki u tych ludzi! Spektakl wprawdzie przerwano, żeby wojskowymi ciężarówkami wywieźć publiczność na prowincję, ale za to obecny na widowni pierwszy zastępca komisarza do spraw sportu – Juan Ramirez Mastro wręczył w dowód wdzięczności każdemu śpiewakowi po cygarze.





* * *

Nie zawsze jednak było tak uroczo. Pamiętam pobyt w Czechosłowacji we wrześniu 1968 roku. W Teatrze Wielkim w Pardubicach graliśmy „Sprzedaną narzeczoną” Dworzaka. Ja tam śpiewałem partię Toski, bo akurat Heniu Toska w tym czasie śpiewał w Sali Kongresowej dla innej partii. Byłem trochę zdenerwowany, bo to nowy teatr, nie wiadomo jaka akustyka i tak dalej.
Jest jakieś dziesięć minut do rozpoczęcia przedstawienia, na sali przedstawiciele nowych władz, wysocy oficerowie kilku armii europejskich, no elita, a tu w kranie ani kropli wody a ja muszę przed każdym spektaklem przepłukać gardło. Dzwonię więc na garderobianego. Przychodzi takim ponury typ, ale ja do nie grzecznie, po polsku proszę aby przynieść mi wody, ale ciepłej i bez gazu.
I proszę sobie wyobrazić, że ten gbur przyniósł mi butelkę wody gazowanej wprost z lodówki! Po prostu zemścił się za to, że czołową partię w ich operze narodowej śpiewa cudzoziemiec! Ale i tak spektakl przeszedł wszelkie oczekiwania a wojskowa orkiestra przeszła wszelkie granice swoich możliwości. Potem były kwiaty, ostra machorka i taka męska wódka.

* * *

Cóż, takie były czasy. Każdy walczył jak mógł. My, śpiewacy protestowaliśmy śpiewając. Ja też niejednokrotnie narażałem się, aby dać wyraz prawdzie. Ot, chociażby w Sofii na początku 1982 roku. Przed spektaklem „Car Rusłan” Żelewa była część oficjalna zorganizowana w imię solidarności z polskim narodem.
Na widowni mnóstwo oficjeli, członków partii – sama śmietanka. Na zakończenie przemówienia mówca – zastępca członka biura politycznego wznosi okrzyk: „Za komunatatata!” I cała sala powtarza. A ja nic – tylko ruszam ustami! Stojący obok mnie znany albański kontralt – Cwirgi Aziriu, tylko na mnie popatrzył znacząco i lekko się uśmiechnął.





* * *

Kochani słuchacze, pora kończyć, ponieważ teraz mniej śpiewam, widocznie jest mniejsze zapotrzebowanie na tenorów bohaterskich, dlatego zacząłem pisać pamiętniki i zamierzam przekwalifikować się na barytona romantycznego, by w tej tonacji powalczyć jeszcze trochę o wolną ojczyznę. Zatem jeszcze do usłyszenia!

Na zdjęciu Jan Węglowsk! Wrocławianin, Kalamburowiec, aktor, muzyk, autor tekstów, satyryk i czechofil.

Autor zdjęć: Cezary Chrzanowski / Teatr Kalambur

sobota, 10 lipca 2021

Kobiety z Teatru Kalambur. Herstoria

Herstoria – pisze się!
W kalamburowym, kobiecym kręgu słowa mają moc!


Olga Maria Szelc: - W czasie spotkania z Krystyną Stogą z Teatru Kalambur dowiedziałam się sporo o jego początkach. Bo zanim powstał Kalamburek, a później Kalambur, zanim artyści przenieśli się z Pałacyku na Kuźniczą... byli jeszcze Ponuracy (studencki teatr satyryczny)...






„Kobiety z Teatru Kalambur. Herstoria” - projekt przygotowywany przez Olgę Szelc, realizowany dzięki stypendium artystycznemu w dziedzinie upowszechniania kultury Prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka, przy wsparciu: Stowarzyszenia Europejskich Więzi, Stowarzyszenia Dolnośląski Kongres Kobiet i Wrocławskiej Rady Kobiet.


Olga Szelc – redaktorka, recenzentka i edukatorka. Autorka opowiadań, wywiadów i reportaży. Prowadzi projekt promujący czytelnictwo i literaturę - Sąsiedzka Biblioteczka w Kawiarni Sąsiedzkiej Ośrodka Działań Artystycznych Firlej. Prowadzi również spotkania autorskie w Kawiarni Sąsiedzkiej i stronę na Facebooku – Książki pod ręką, na której dzieli się czytelniczymi fascynacjami.

Kobiety z Teatru Kalambur Herstoria

Herstoria – pisze się!
W kalamburowym, kobiecym kręgu słowa mają moc!


Olga Maria Szelc: - Ostatnio miałam przyjemność rozmawiać z kolejną kalamburową damą – Krystyną Siewargą-Przychocką. Pani Krystyna pracowała w Teatrze nie tylko na scenie, ale także w jego... administracji.
- Wszyscy robiliśmy wszystko i żadnej pracy się nie baliśmy – powiedziała – Pamiętam, jak na kolanach skrobałam deski podłogi szkłem. A Kawiarnia? Każdy z nas chętnie pomagał, dawał z siebie, ile mógł.





Krystyna Przychocka - zdjęcie ze spektaklu „Fata mrugana”, 1967 rok.
fot. Michał Marciniak / archiwum Teatr Kalambur

„Kobiety z Teatru Kalambur. Herstoria” - projekt przygotowywany przez Olgę Szelc, realizowany dzięki stypendium artystycznemu w dziedzinie upowszechniania kultury Prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka, przy wsparciu: Stowarzyszenia Europejskich Więzi, Stowarzyszenia Dolnośląski Kongres Kobiet i Wrocławskiej Rady Kobiet.

Olga Szelc – redaktorka, recenzentka i edukatorka. Autorka opowiadań, wywiadów i reportaży. Prowadzi projekt promujący czytelnictwo i literaturę - Sąsiedzka Biblioteczka w Kawiarni Sąsiedzkiej Ośrodka Działań Artystycznych Firlej. Prowadzi również spotkania autorskie w Kawiarni Sąsiedzkiej i stronę na Facebooku – Książki pod ręką, na której dzieli się czytelniczymi fascynacjami.



środa, 7 lipca 2021

Historyjki kalamburowe z „Królem Malowanym" w tle...

Artur Kusaj: - Przed rozpoczęciem prób do „Króla Malowanego” Urszuli Kozioł, dostaliśmy ze Staszkiem delegację do Julinka pod Warszawą, gdzie mieściła się słynna w Polsce Baza Cyrkowa, żeby się nauczyć podstaw fachu clowna. Na miejscu, w jednej z bud taboru cyrkowego, poznaliśmy artystę-clowna. Sfraternizowaliśmy się szybko. Zademonstrował nam kilka prostych sztuczek cyrkowych i gagów według zasady „gruby-chudy”, „duży-mały”, malowanie clownowskich masek (smutny-wesoły), charakterystyczny dla clownów sposób poruszania się w kostiumach, dużo za dużych butach, kapeluszach itp. Rozmawiało się sympatycznie, długo, długo w noc… Na szczęście rano sporo pamiętaliśmy i po powrocie radośnie przystąpiliśmy do prób, a potem do grania ponad setki przedstawień, ku uciesze swojej oraz publiczności – nie tylko dziecięcej.




Na zdjęciu (od lewej): Stanisław Wolski i Artur Kusaj w spektaklu „Król Malowany” - Urszuli Kozioł. Przedstawienie na motywach baśni Ch. K. Andersena "Nowe szaty króla", premiera 1979 r.

Reżyseria: Bogusław - Litwiniec, scenografia – Piotr Wieczorek, muzyka – Andrzej Bień, choreografia – Bogdan Łańko, kostiumy – Zofia Tkaczyk, Małgorzata Szubartowicz.

fot. archiwum Teatru

sobota, 19 czerwca 2021

Kobiety z Teatru Kalambur. Herstoria

Herstoria – pisze się!
W kalamburowym, kobiecym kręgu słowa mają moc!

Olga Maria Szelc: - Wczoraj miałam okazję spędzić trochę czasu i porozmawiać z Leną Kaletową, która – będąc przede wszystkim znaną we Wrocławiu dziennikarką – jest również Kobietą z Teatr Kalambur.
- Myśmy wtedy mnóstwo czytali – wspominała Lena Kaletowa, częstując mnie przepyszną zieloną herbatą – a szczególnie poezję. Nie wypadało nie znać, nie czytać poezji. Wszędzie chodziło się z tomikiem ulubionego poety lub poetki pod pachą. Nawet na randki. To było najważniejsze, być na bieżąco z wartościową literaturą, umieć o niej rozmawiać.

 


Na zdjęciu (od prawej): Lena Wojtas i Barbara Noskiewicz w spektaklu „Gdyś zawzięty”, 1962 r.
fot. archiwum Teatru


„Kobiety z Teatru Kalambur. Herstoria” - projekt przygotowywany przez Olgę Szelc, realizowany dzięki stypendium artystycznemu w dziedzinie upowszechniania kultury Prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka, przy wsparciu: Stowarzyszenia Europejskich Więzi, Stowarzyszenia Dolnośląski Kongres Kobiet i Wrocławskiej Rady Kobiet.

Olga Szelc – redaktorka, recenzentka i edukatorka. Autorka opowiadań, wywiadów i reportaży. Prowadzi projekt promujący czytelnictwo i literaturę - Sąsiedzka Biblioteczka w Kawiarni Sąsiedzkiej Ośrodka Działań Artystycznych Firlej. Prowadzi również spotkania autorskie w Kawiarni Sąsiedzkiej i stronę na Facebooku – Książki pod ręką, na której dzieli się czytelniczymi fascynacjami.


Kobiety z Teatru Kalambur. Herstoria

Herstoria – pisze się!

W kalamburowym, kobiecym kręgu słowa mają moc!

Olga Maria Szelc: - Dziś popołudnie i wieczór w przewspaniałym towarzystwie twórczyni, aktorki i kronikarki Teatr Kalambur Elżbiety Lisowskiej-Kopeć. Mam w sercu wdzięczność za wszystkie opowieści i za tyle wiedzy, emocji i wzruszeń, ale też i śmiechu. Za podzielenie się skarbami z domowego archiwum. I za szparagi w occie.




„Kobiety z Teatru Kalambur. Herstoria” - projekt przygotowywany przez Olgę Szelc, realizowany dzięki stypendium artystycznemu w dziedzinie upowszechniania kultury Prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka, przy wsparciu: Stowarzyszenia Europejskich Więzi, Stowarzyszenia Dolnośląski Kongres Kobiet i Wrocławskiej Rady Kobiet.

Olga Szelc – redaktorka, recenzentka i edukatorka. Autorka opowiadań, wywiadów i reportaży. Prowadzi projekt promujący czytelnictwo i literaturę - Sąsiedzka Biblioteczka w Kawiarni Sąsiedzkiej Ośrodka Działań Artystycznych Firlej. Prowadzi również spotkania autorskie w Kawiarni Sąsiedzkiej i stronę na Facebooku – Książki pod ręką, na której dzieli się czytelniczymi fascynacjami.

sobota, 12 czerwca 2021

Historyjki kalamburowe... w dworcowej knajpie

Marc Erlich: - Zdarzenie w warszawskiej Rivierze – Remoncie w marcu 1977 roku utkwiło w mojej pamięci, bo stało się początkiem wielu przyjaźni, z których pewne przetrwały do dziś. Pomysł polegał na przetransformowaniu tego klubu studenckiego na dworcową knajpę zaawansowanego PRL-u, z ostro przygrywającą kalamburową orkiestrą z Krysią Krotoską i Jolą Chełmicką w roli wokalistek estradowych. Zaprosiliśmy wielu znajomych ludzi kultury i sztuki: dziennikarzy, krytyków teatralnych, literatów, aktorów, śpiewających poetów. Zgromadzony przed wejściem tłum poddawany był testowi przydatności społecznej. To oczywiście trwało. Gdy goście dostawali się już na salę, zajmowali miejsca przy stolikach w asyście krążących kelnerów w których wcielili się: Staszek Wolski, Andrzej Gałła, Staszek Szelc, ja. Przyjmowaliśmy zamówienia z wyimaginowanej karty dań, bo tak naprawdę z potraw dostępny był tylko bigos albo wątróbka, natomiast alkoholu nie brakowało w żadnej z możliwych i dostępnych na rynku postaci. Realizowanie zamówień odbywało się w sposób całkowicie losowy, co wprawiało zaproszone głodne towarzystwo w zrozumiałe zniecierpliwienie. Kierownik sali (Jacek Weksler albo sam Padre/Litwiniec), przyjmując skargi i zażalenia gości, proponował natychmiastowe zwolnienie nieudolnych kelnerów i zastąpienie ich gronem wolontariuszy z sali. I tak, jakby w euforii gierkowskiego „Pomożecie?”, przekazaliśmy tacki i białe ręczniczki Ketowi (Konstantemu Puzynie), Ibisowi (Andrzejowi Wróblewskiemu) czy Januszowi Płońskiemu, a oni z ogromnym poświeceniem starali się wypełnić oczekiwania wygłodniałej i spragnionej publiczności. Oczywiście bałagan tylko się powiększał, nowi kelnerzy obsługiwali jedynie stoliki ich znajomych, a orkiestra grała do końca. Prawdę powiedziawszy, nie pamiętam, jak skończyła się ta zabawa od strony finansowej, ale zdaje się, że klub Riviera – Remont wspaniałomyślnie pokrył długi gości.

Krzysztof Truss: - Dodam dla uzupełnienia co nieco. Na długim boku sali w Rivierze dumnie wisiał napis spod mojej ręki, niemal analogiczny do tych pierwszomajowych, ale nieco przewrotny. Na czerwonym płótnie transparentowym wielkie białe litery, wersaliki: „Nowy Rozkład obowiązuje od...” i tu była wpisana data. Poza tym wystąpiłem również w roli kelnera (pominąłeś mnie, Marku). Jak pamiętam, podawano albo bigos, albo fasolkę po bretońsku. Omal nie starłem się z pewnym krewkim narzeczonym urokliwej warszawianki – bez względu na to, co zamawiali, przynosiłem im wódę w kubkach fajansowych i wspomnianą fasolkę, za co żądałem jakichś niebotycznych kwot. Dopiero interwencja Bogdana Litwińca (Padrego) załagodziła sytuację. Wieczór zaiste niebywały, niestety kiepsko udokumentowany.

Jolanta Chełmicka: - Pamiętam, że „Kura” Małgosi Longchamps de Bérier rewelacyjnie wcieliła się w babcię klozetową w klubowej toalecie. A Krysia Krotoska od stolika, gdzie siedzieli Materna z Płońskim, otrzymała klucz od pokoju i dwa bony dolarowe z propozycją spędzenia upojnej nocy. Oczywiście, że nie skorzystała. A gdy goście się rozeszli, cały teatralny zespół kalamburowy zachwycony doskonałym żartem puścił się w tany i dobre alkohole. Ja całą noc przetańczyłam z Krzysiem Piaseckim, a Joleczka Ptak w ciąży krzyczała z antresoli, że powie wszystko mojemu partnerowi. Wspaniałe, niewinne, szalone zabawy. Jest co wspominać!

Artur Kusaj: - Jedno z piękniejszych i najbardziej ekscytujących wydarzeń happeningowych tamtego Kalamburu. Najpierw bawili się wszyscy, potem tylko jedna (nasza kalamburowa) strona, a pod koniec pachniało „gębobiciem”. Atmosfera gęstniała z każdym niezrealizowanym zamówieniem i rachunkiem „od czapy”. Co nas wtedy uratowało, dalibóg, nie pamiętam... No i nasza „Kura”, czyli Małgosia Longchamps de Bérier jako babcia klozetowa, mówiąca pięknym francuskim.

Marc Erlich: - Dołączam do tej historyjki jedyne zdjęcie, jakie posiadam. Oczywiście jestem na nim już w uniformie kelnerskim, czyli w pracy…



fot. z archiwum Marka Erlicha

„Dworcowa knajpa” – happening z serii „Zdarzenie na zakończenie” zrealizowany przy okazji promocji działalności Ośrodka w ramach „Cztery dni z Kalamburem” w Warszawie. Animacja wydarzenia: Bogusław Litwiniec. Klub Riviera – Remont, Warszawa, 1977 r.

Riviera – Remont – klub studencki działający od 1973 roku w kompleksie Domu Studenckiego „Riviera” w Warszawie. Jednym z jego założycieli i dyrektorem w latach 1973-1979 był Waldemar Dąbrowski.